Jakkolwiek niezręcznie może to zabrzmieć, to jednak przyznaję, że w tytułach wydawanych przez “Naszą Księgarnię” jest coś, co pozwala mi szczególnie ciepło odnieść się do zaimka “nasza”. Nie chodzi jednak tylko o książki, które pamiętam z dzieciństwa, ale także o zdecydowanie nowsze pozycje.

Muszę to przyznać - zawsze zazdrościłem Krzysiowi wyobraźni tak żywej, że poruszała wszystkie pluszaki w pokoju – i to w stopniu zauważalnym przez prawie cały świat. Jednak, gdy przeczytałem, że powodem jego nieobecności w Stumilowym Lesie – przez prawie osiemdziesiąt lat – była szkoła, moje uczucie zazdrości mocno osłabło.

Są na półkach księgarnianych książki, o których już dawno nie powiedziałbym, że “są dla dzieci”. Problem w tym, że wydawcy z uporem, jako takie, je wydają, wznawiają, produkują i sprzedają. I dobrze, bo właśnie dzięki temu, po latach, możemy powiedzieć, że “ta historia towarzyszyła nam od dzieciństwa.

Czasem warto na chwilę oderwać się od rzeczywistości i na moment dać się ponieść fantazji. Być może pamiętacie Państwo to wspaniałe uczucie, gdy byliście dzieckiem, cały świat leżał u Waszch stóp, a mimo to i tak ciągle Was zachwycał i zaskakiwał.

Larklight to jedna z tych książek, które szczególnie mocno wpływają na wyobraźnię, jeśli tylko dopuścimy do głosu odrobinę własnej naiwności. Jest to również przykład połączenia trzech ogromnych emocjonalnych czynników, które są obecne w naszym życiu przez cały czas – chęci do podróży kosmicznych, pirackiej brawury i... arachnofobii.
